Kadr z filmu Andrzeja Wajdy Kanał (foto: Zespół Filmowy „Kadr”)

– Nie damy się żywcem.

– Właśnie. Po polsku.

Andrzej Wajda, Kanał


Dzisiejszy wpis postanowiłem poświęcić wydarzeniu, o którym ciągle nie mówi się zbyt wiele – upadku Powstania Warszawskiego. Cały kraj pamięta, by co roku 1 sierpnia o godzinie 17.00 uczcić wybuch Powstania, zaś jego klęska zakończona podpisaniem kapitulacji z 2 na 3 października 1944 roku (Układ o zaprzestaniu działań wojennych w Warszawie) nie jest już tak chętnie wspominana. W sumie nie można się temu dziwić – powodów do świętowania jest, eufemistycznie rzecz ujmując, niewiele. Nasza stolica została właściwie zrównana z ziemią, same straty wśród ludności cywilnej szacuje się na nawet 250 tysięcy osób, ponad 600 tysięcy osób zostało wypędzonych z miasta, zaś z tej liczby około 150 tysięcy trafiło na roboty przymusowe do obozów koncentracyjnych. Był to porażający rachunek wystawiony przez niemieckiego okupanta za 63 dni zaciętych i niezwykle heroicznych (ale też tragicznych, gdyż pozbawionych szans powodzenia) walk warszawiaków. Warto zdawać sobie sprawę z tego, że największe straty miały miejsce w pierwszych dniach walk. Wtedy to odbyła się rzeź Woli – było to największe ludobójstwo w czasie Powstania (ponad 50 tysięcy zabitych warszawiaków).

Co prawda okrągła 75. rocznica upadku w naturalny sposób została nagłośniona przez media. Odbył się szereg uroczystości i wydarzeń upamiętniających. Stałym „produktem ubocznym” ściśle powiązanym z tym wydarzeniem są niekończące się dywagacje na temat szans powodzenia samego Powstania, jego celu itp.

W odróżnieniu od różnych instytucji i osobistości nie zamierzam (przynajmniej dziś) zastanawiać się nad sensownością wybuchu samego Powstania – swoje zdanie na ten temat przedstawię 1 sierpnia. Wtedy będzie odpowiedni czas na analizy, roztrząsania i ostateczne potępienie lub poparcie przeze mnie tego zrywu. Nie będę też streszczał przebiegu walk. Teraz ograniczę się tylko do stwierdzenia, że, moim zdaniem, nikt nigdy nie dokonał i nie dokona prawidłowej oceny polskich powstań i zrywów narodowowyzwoleńczych XIX i XX wieku.

Ten wpis jest jednak inny. Skoncentruję się w nim na przybliżeniu relacji naocznych świadków opisujących ostatnie dni Powstania oraz na tym, co wtedy przeżywali, czuli i myśleli. Jestem pewien, że przemówi to lepiej i głębiej niż nawet najlepszy referat historyka. I w pełni odda grozę tamtych dni. W sukurs przyjdzie mi literatura (zarówno wspomnieniowa, jak i beletrystyczna, choć oczywiście oparta na prawdziwych wydarzeniach) oraz X muza (kino). Każda z przytoczonych przeze mnie pozycji to zarazem lektura obowiązkowa dla wszelkich miłośników II wojny światowej, historii Warszawy i jej mieszkańców.

Polski żołnierz wychodzi z kanału, dookoła stoją niemieccy żołnierze (fot. August Ahrens/Bundesarchiv /Wikimedia Commons)

Swój przegląd zacznę od opowiadania Jerzego Stefana Stawińskiego pod tytułem „Kanał”. To właśnie ono stało się kanwą słynnego filmu Andrzeja Wajdy o tym samym tytule, zaś sam Stawiński był autorem scenariusza do filmu.  Uczestniczył on (jako dowódca kompanii) w Powstaniu Warszawskim, które nazywane wówczas było Powstaniem Sierpniowym. Był więc aktywnym świadkiem tamtych wydarzeń i doskonale wiedział, o czym pisze. Nie zamierzam odbierać Wam przyjemności przeczytania tego opowiadania lub obejrzenia filmu, dlatego powiem tylko, że akcja dzieje się podczas ostatnich dni Powstania.  Jakie były wtedy nastroje wśród żołnierzy Armii Krajowej? Poniższy dialog dobitnie to ilustruje:

Pistolety przeciwko ciężkiej broni i bunkrom – powiedział cicho. – Gorzej niż we wrześniu.

Kiedy my się nauczymy rozumu?

– Zaskoczenie im się nie udało – odparł niepewnie Mądry.

– A tutaj, na Dworkowej, uda się? – zaśmiał się Zadra. – Tak jak za pierwszym razem, co?

– Trzeba wykonać rozkaz – odparł Mądry. – I nie filozofować.

– A przed śmiercią krzyknąć „ku chwale ojczyzny, panie pułkowniku!”, prawda? – powiedział z ironią Zadra. – Żandarmi na Dworkowej czekają na nas. Może filipinkami ich wykurzymy?A może nakryjemy czapkami?

– Dowódcy nie wolno tak mówić – powiedział Mądry. – Rozkaz.

– A wolno mi tracić ludzi, których sam zwerbowałem? – żachnął się Zadra.

Inny fragment jest jeszcze bardziej dojmujący:

Czy gotowi jesteście do uroczystego obchodu podwójnej uroczystości: ostatniego zwycięstwa Hitlera w tej wojnie i upadku ostatniego polskiego powstania? Schodzimy do Hadesu.

Przytoczone teksty mówią same za siebie i wszelki komentarz wydaje się być zbędny.

Oddziały Armii Krajowej opuszczają miasto po kapitulacji (źródło: NAC, sygnatura 3/21/0/-/223/1 )

Jak zaś wyglądały ostatnie dni tego zrywu z punktu widzenia cywila nieuczestniczącego w bezpośredniej walce? Traktuje o tym „Pamiętnik z powstania warszawskiego” autorstwa wybitnego poety Mirona Białoszewskiego, który mieszkał w Warszawie i był z nią związany przez całe życie. Oto stosowny fragment:

Rano doskwierało. Słońce. Dalej. Bez zmian. Suche lato. I była niedziela. O czym nikt nie wiedział. Dziś też nie. Wiedziało się natomiast, że to już październik. Październik… Październik… Niesamowite. Trzeci miesiąc? Trzeci. To który dzień? Sześćdziesiąty drugi. Ale nagle wtedy rano wszystko ucichło. Duży front był cicho. Niemcy cicho. I my cicho. Cisza. Taka, jakiej nie było od 1 sierpnia. Czy żeśmy już przedtem wiedzieli, czyśmy się od razu domyślili, czy błyskawiczne ogłoszenie, że zawieszenie do nocy i że pertraktacje? Chyba ogłoszenie. A więc koniec? Właściwie? Wiadomo, że jak pertraktują, to się zgodzą. Wierzyło się, że nic złego nas nie czeka, chciało się w to wierzyć, bo się miało dosyć i powstania, i wojny w ogóle, i nienawiści, i zabijania, i ginięcia. Nagle —zachciało się —wszystkim —żyć! Żyć! Iść! Wyjść! Popatrzeć! Na słońce. Normalnie.

I naraz zaczęli ze wszystkich piwnic, lochów, dziur wszyscy wychodzić. Na ulice!

Ani to żałoba. Ani święto. Nie wiadomo co. Wszystko naraz. Po prostu wylegnięcie narodu na wierzch.

Warto pamiętać, że optyka przedstawiona przez Białoszewskiego była tą, którą podzielała znaczna większość mieszkańców Warszawy. Były to osoby niezaangażowane w działalność konspiracyjną. Pragnęły one po prostu przeżyć.

Jako dowód przytoczę jeszcze relacje świadków dotyczące kapitulacji – najpierw pani Aleksandry Petrażyckiej, potem zaś pani Renaty Barbary Seidler-Hollender. Zostały one zawarte w książce Marcina Ludwickiego pod tytułem „Płonące pustkowie. Warszawa od upadku powstania do stycznia 1945”:

Nieprawdopodobna rzecz, zupełna cisza, żadnych strzałów – to było coś tak dziwnego i niespodziewanego, że nawet pierwszą noc to nie można było spać, bo tak było cicho.

I nagle jakiś niewybuch – był jakiś odgłos, czegoś, co wybuchło, na przykład ktoś potrącił jakiś pocisk, który w tym momencie wybucha. I wtedy była taka straszna ulga wśród tych ludzi, którzy krzyczeli: <<No patrzcie, no znowu strzelają>>. Jakby ludzie nie chcieli uwierzyć, że to już koniec. Wszyscy byli umordowani, ale nie chcieli takiego końca. Więc ja pamiętam świetnie ciszę i te pojedyncze wybuchy, tę radość ludzi, która trwała pół momentu, bo nawet nie cały moment.

Ina Benita (źródło: NAC, sygnatura 3/1/0/11/10933/3 )

Chciałbym dodać, że uczestniczką tych wydarzeń była aktorka Ina Benita. Przez wiele lat wszyscy uważali, że zginęła ona w trakcie trwania Powstania w kanałach i że była kolaborantką. Prawda okazała się jednak zadziwiająca (i chwalebna dla Iny Benity). Faktycznie była współpracowniczką, ale polskiego wywiadu. Co jeszcze bardziej zaskakujące, udało jej się wydostać z Warszawy i po wielu perypetiach znaleźć się w USA (jako Ina Scudder). Zataiła ona swą przedwojenną i wojenną aktywność przed wszystkimi, nawet najbliższą rodziną. Nigdy nie powróciła do aktorstwa. Jej życiorys jest świetnym materiałem na świetny film dramatyczny (lub szpiegowski). Być może zresztą doczekamy się takowego, gdyż przedstawione powyżej fakty wyszły na światło dzienne dopiero pod koniec 2018 roku.

Heinz Reinefarth (fot. Wikimedia Commons)

Co zaś mieli do powiedzenia w kwestii mordów na cywilach Niemcy, zwłaszcza ci bezpośrednio zaangażowani w tłumienie Powstania? Oto fragment rozmowy z Heinzem Reinefarthem – nazistowskim generałem odpowiedzialnym za tłumienie zrywu warszawiaków w 1944 roku:

Dla nas to był ciężki czas. To nie był spacer po Warszawie. Jeśli istnieje piekło, to jest nim walka uliczna. W polu jest lżej niż między walącymi się, płonącymi domami. Zawsze, wtedy też, mówiłem, że polscy bojownicy o wolność bardzo odważnie i bardzo wspaniale walczyli.

– Mniej ich ginęło z ręki pana podkomendnych niż ludności cywilnej. Ona, niewinna, poniosła najstraszliwsze ofiary.

– To było nie do rozróżnienia, kto jest ludnością cywilną, bo nie wszyscy nosili opaski.

– Ci, którzy nie walczyli, nie nosili.

– Nie, nie! Nosili nawet mundury SS.

– I do nich opaski.

– Nie, nie – powtarza Reinefarth.

– Byliby zabici przez własnych kolegów – mówię. – A kobiety i dzieci, do których strzelano i które rozstrzeliwano?

– Kobiety też walczyły. Jedna kobieta, strzelec wyborowy, broniła sama jedna jakiegoś banku, chyba Polskiego.

– Wrócę do dzieci.

– Dzieci też walczyły. Jest wiele książek polskich, albumów, niektóre tu mam i zaraz mogę je wyjąć, są tam zdjęcia dzieci uzbrojonych w granaty, a nawet pistolety maszynowe. Nie chcę przez to powiedzieć, że nie zdarzały się wypadki, że strzelano do dzieci nie uzbrojonych, myśląc, że są uzbrojone.

– Czyli potwierdza pan, że strzelano do nie uzbrojonych dzieci?

– Żołnierze opowiadali: „Dzieci do nas strzelają, więc my strzelamy do dzieci”.

– A egzekucje?

– Ja potępiam te egzekucje nie od dziś, ale wtedy także. Dochodziły mnie meldunki i wtedy odwoływałem egzekucje, ale tylko wtedy, gdy dochodziły mnie meldunki.

– Generale Reinefarth, pańskie nazwisko zostanie na zawsze symbolem, czegoś straszliwego, od czego nie uwolni pana uniewinniający wyrok żadnego sądu. Jak pan to przyjmuje?

– Jest ustalone, że 5 i 6 sierpnia 1944 r. zdarzyły się różne rzeczy, o których ja nie wiedziałem, a których dokonały oddziały, które były już przedtem. Przestępstwa wojenne zostały dokonane, to jest ustalone, ale ja to wiem z przewodu sądowego. Byli to ludzie Dirlewangera i Kamińskiego, którzy myśleli, że nadeszła godzina zemsty. Ale przecież Bach kazał Kamińskiego rozstrzelać, poza tym wystąpił do Himmlera z wnioskiem o cofnięcie masowych rozstrzeliwań ludności.

Powyższa rozmowa miała miejsce w pierwszej połowie lat 70. Przeprowadził ją Krzysztof Kąkolewski na potrzeby książki „Co u pana słychać?”. Jest to zbiór reportaży o nazistowskich zbrodniarzach, niejednokrotnie zajmujących w czasie wojny eksponowane stanowiska, którzy nigdy nie odpowiedzieli za swe zbrodnie. Jednym z nich był właśnie Reinefarth. Tłumił Powstanie, a jego oddziały uczestniczyły w rzezi Woli .Rzekomy brak dowodów na zbrodnie wojenne spowodował jego zwolnienie z aresztu. Przez wiele lat pełnił funkcję burmistrza miasta Westerland na wyspie Sylt, pracował jako prawnik oraz pobierał rentę generalską! Choć wydaje się to nieprawdopodobne,  tego typu historii było więcej. Te najbardziej bulwersujące zostały zamieszczone we wspomnianej przeze mnie książce.

Ruiny kamienic przy Rynku Starego Miasta, 1945-1946  (fot. zbiory Archiwum Państwowego m.st. Warszawy)

Miasto zostało zrujnowane. Co ciekawe, bardzo duża część zniszczeń nastąpiła dopiero po upadku Powstania i wyprowadzeniu ludzi z miasta. Dokładnie mówi o tym m.in. artykuł: https://dzieje.pl/wideo/dr-k-utracka-wielu-strat-poniesionych-przez-warszawe-w-powstaniu-nie-da-sie-oszacowac – gorąco zachęcam do zapoznania się z nim.

Niemcy mieli swoje plany wobec  Warszawy, także architektoniczne. Wspomina o tym Jürgen Stroop – niemiecki nazista odpowiedzialny za stłumienie powstania w getcie warszawskim (1943). Konwersacje z nim wiele lat po wojnie wydał ówczesny współwięzień Kazimierz Moczarski (swoją drogą kolejna ciekawa postać – na szczęście pozytywna). Mam na myśli słynne „Rozmowy z katem”:

Gdy relacjonował,  jak kolosalne obiekty miały być wzniesione po wojnie (według projektów Hitlera) w Berlinie, Monachium, Hamburgu i we wszystkich większych miastach przyszłego imperium hitlerowskiego, Schieike zapytał:

– To dlaczego zatwierdzone już plany niemieckiej dzielnicy Warszawy na terenie byłego getta nie przewidywały jakiejś wielkiej budowli użyteczności publicznej, np. hali zwycięstwa lub pałacu zjazdów hitlerowskich?

– Tereny po byłym getcie – odpowiada Stroop – przeznaczono na dzielnicę mieszkaniową i wypoczynkową. Wille, ogrody, czerwone dachówki, zielone okiennice, róże, baseny kąpielowe, zadrzewione aleje, parki i ogrody. A ponadto trzy większe budynki: osiedlowy dom partii i Heim derSS oraz komisariat policji. Wielki gmach stanąć miał nad Wisłą, gdzie zamek warszawski. Taki na trzydzieści tysięcy ludzi o potężnej kopule, zwieńczonej orłem z blach miedzianych. Na wysokości stu metrów dominowałby nad miastem, z dziobem skierowanym na wschód. Gmach miał nosić nazwę Weichselhalle.

Stroop rozmarzył się, uśmiechał.

Radzieccy żołnierze podczas forsowania Wisły (źródło: TASS/Getty Images)

Warszawa miała stać się miastem niemieckim, z całkowicie inną zabudową. Niemcy metodycznie wyburzali miasto. Tym zniszczeniom dałoby się jednak zapobiec, gdyby armia radziecka celowo nie czekała na upadek Powstania. Zdawali sobie z tego sprawę mieszkańcy stolicy. Nienawidzili oni Sowietów, ale jednocześnie wyczekiwali ich nadejścia, gdyż inaczej naziści unicestwią miasto i jego mieszkańców. Armia Czerwona była więc wybawicielem z konieczności. Najdobitniej ujął to jeden z ulubionych poetów powstańczej Warszawy – Józef Szczepański w swym wierszu „Czerwona zaraza”:

Czerwona zaraza

Czekamy ciebie, czerwona zarazo,
byś wybawiła nas od czarnej śmierci,
byś nam Kraj przedtem rozdarwszy na ćwierci,
była zbawieniem witanym z odrazą.

Czekamy ciebie, ty potęgo tłumu
zbydlęciałego pod twych rządów knutem
czekamy ciebie, byś nas zgniotła butem
swego zalewu i haseł poszumu.

Czekamy ciebie, ty odwieczny wrogu,
morderco krwawy tłumu naszych braci,
czekamy ciebie, nie żeby zapłacić,
lecz chlebem witać na rodzinnym progu.

Żebyś ty wiedział nienawistny zbawco,
jakiej ci śmierci życzymy w podzięce
i jak bezsilnie zaciskamy ręce
pomocy prosząc, podstępny oprawco.

Żebyś ty wiedział dziadów naszych kacie,
sybirskich więzień ponura legendo,
jak twoją dobroć wszyscy kląć tu będą,
wszyscy Słowianie, wszyscy twoi bracia

Żebyś ty wiedział, jak to strasznie boli
nas, dzieci Wielkiej, Niepodległej, Świętej
skuwać w kajdany łaski twej przeklętej,
cuchnącej jarzmem wiekowej niewoli.

Legła twa armia zwycięska, czerwona
u stóp łun jasnych płonącej Warszawy
i ścierwią duszę syci bólem krwawym
garstki szaleńców, co na gruzach kona.

Miesiąc już mija od Powstania chwili,
łudzisz nas dział swoich łomotem,
wiedząc, jak znowu będzie strasznie potem
powiedzieć sobie, że z nas znów zakpili.

Czekamy ciebie, nie dla nas, żołnierzy,
dla naszych rannych – mamy ich tysiące,
i dzieci są tu i matki karmiące,
i po piwnicach zaraza się szerzy.

Czekamy ciebie – ty zwlekasz i zwlekasz,
ty się nas boisz, i my wiemy o tym.
Chcesz, byśmy legli tu wszyscy pokotem,
naszej zagłady pod Warszawą czekasz.

Nic nam nie robisz – masz prawo wybierać,
możesz nam pomóc, możesz nas wybawić
lub czekać dalej i śmierci zostawić…
śmierć nie jest straszna, umiemy umierać.

Ale wiedz o tym, że z naszej mogiły
Nowa się Polska – zwycięska narodzi.
I po tej ziemi ty nie będziesz chodzić
czerwony władco rozbestwionej siły.


Pomimo ogromu zniszczeń Niemcy celowo pozostawili zabytkowe kamienice na ulicach: Złotej, Chmielnej, Zielnej, Siennej, Wielkiej i Śliskiej. Po wojnie mieli zamieszkać w nich wyżsi oficerowie Wehrmachtu i SS.

Jak jednak wiemy, III Rzesza wojnę przegrała, co – paradoksalnie-  przypieczętowało los kamienic. Ten właśnie obszar został wybrany na budowę daru od Związku Radzieckiego, czyli „socjalistycznego w treści i narodowego w formie” Pałacu Kultury i Nauki.

Jednakże kwestia Pałacu Kultury i Nauki wykracza poza tematykę tego wpisu.

Nasza stolica została bardzo sponiewierana w pierwszej połowie XX wieku. Idąc ulicami Warszawy powinniśmy z szacunkiem pochylić się nad tymi, którzy odbudowali to piękne dziś miasto. Ile to wymagało wysiłku zarówno ze strony osób bezpośrednio zaangażowanych w odgruzowywanie i odbudowę, jak i całego społeczeństwa (został nałożony podatek na odbudowę stolicy) mogą powiedzieć jeszcze nasi dziadkowie i babcie (świadkowie tamtych czasów). Był to wielki symbol patriotyzmu oraz miłości do Ojczyzny i jej Stolicy.

Pozwólcie, że swój wpis zakończę słowami utworu zespołu T.Love  – „Warszawa”, gdyż doskonale podsumowuje on moje odczucia. Ja także kocham to miasto, zmęczone jak ja, gdzie Hitler i Stalin zrobili, co swoje, gdzie wiosna spaliną oddycha…

Panorama Warszawy (fot. Kuba Jurkowski)


0 Komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *